Family Stories

"Helena Gołaska"

Autor: Dorota Kujawa

Korekta: Natalia Gładczak
Pomysł spisania historii rodu z rodziny Kutrznerów pochodzi od Małgorzaty Mączkowiak. Jest ona moją kuzynką z drugiej linii, która to zbiera informacje do książki. Udało mi się namówić moją mamę Dorotę, by przelała na papier te często powtarzane przez babcię historie, które, pomimo iż są mi znane, nie byłbym w stanie samemu ich powtórzyć.

Helena Gołaska, z domu Kutzner, urodziła się 29 kwietnia 1923 r. w okolicach Poznania, a dokładniej, w Tarnowie Podgórnym. Jan, ojciec Heleny, był naczelnikiem poczty w Tarnowie. Mieszkał z córką w służbowym domku, który znajdował się w pobliżu miejsca pracy. Matka, Anna, z domu Hajdasz, była drugą żoną Jana.

Pierwsza żona pochodziła z bogatej rodziny, z Lusówka. Niestety, z nieznanych mi powodów zmarła i tak, Jan został wdowcem z dwójką dzieci - synem Marcelem i córką Celiną. Wracając do Anny, Jan poznał ją wkrótce po śmierci żony. Właściwie, ktoś z rodziny wyswatał ich. Anna urodziła Konrada, potem Zofię, później przyszła kolej na Helenę. Anna, będąc w ciąży, pomagała w różnych pracach sąsiadom.

Były to czasy, gdy większość bogatych gospodarzy była pochodzenia niemieckiego, ale w tamtych czasach sąsiedzi żyli zgodnie, obojętnie jakiej byli narodowości. Anna zanosiła mleko na plecach, miała “szońdy“ (to takie wystrugane z drewna urządzenie noszone na plecach, dzięki któremu można było nieść 2 wiadra i zachować równowagę - coś w rodzaju barczyku z doczepionymi linkami albo łańcuchami z haczykami do powieszania wiader, albo innych ciężarów). Z wyżej wymienionym zajęciem wiąże się pewna historia. Gdy pewnego dnia, Anna szła z tymi wiadrami z mlekiem, została przewrócona przez wielkiego psa, który zerwał się z łańcucha. Anna przestraszyła się, wskutek czego poród zaczął się wcześniej - i tak oto na świat przyszła Helena. Przez całe swoje życie nie przepadała za psami. Tolerowała je, ale miłością nie darzyła. Najwięcej uczucia zdobył Junior.

Anna urodziła jeszcze po roku syna Jana, później Tadeusza i córkę Annę. Wszyscy mieszkali w Tarnowie. Helena była bardzo zżyta ze starszą siostrą Celiną. Ta odprowadzała ją do przedszkola. Wtedy nazywało się je “ochronką”. Siostra była bardzo opiekuńcza, zajmowała się małą Helenką. Uszyła jej laleczkę ze szmatek, zrobiła dla niej koszyczek, a Helenka zabierała tę swoją zabawkę do ochronki, gdzie odprowadzała ją Celina. To uczucie siostrzane przetrwało całe życie, do momentu śmierci Celiny. Później Helena najbardziej zżyła się z córkami Celiny.

Ojciec Helenki, Jan, w czasie pierwszej wojny światowej służył w wojsku niemieckim. Podczas służby został ranny i z tego tytułu miał rentę, jednak potem jeszcze pracował. Jego stan zdrowia pogarszał się, tym bardziej, że nie stronił od alkoholu, który nie służył jego zdrowiu. Przez swój zgubny nałóg zaczął zaniedbywać się w pracy, zrobił się nerwowy. Z tego, co opowiadała Helena, zawsze był nerwowy - to rana wojenna była przyczyną takiego stanu. Ojciec też bardzo lubił Helenę. Opowiadała o sytuacji podczas zabawy listonoszy, na którą rodzice ją zabrali (miała wtedy 6 lat – 1929 r.). Była dzieckiem, ale umiała ładnie tańczyć walczyka i tańczyła z ojcem, a potem z innymi listonoszami i dostała dużo tabliczek czekolady. Wszystkie zanosiła swojej mamie, którą wspominała jako bardzo ładną kobietę, ładnie ubraną, z pięknym szalem na szyi. To taki epizod z jej życia, kiedy była dzieckiem. Później ojciec stracił pracę i musieli się wyprowadzić z Tarnowa. Ponieważ dzieci Jana z pierwszego małżeństwa dziedziczyły po matce pieniądze, postanowił on za nie kupić dom. Dowiedział się, że w Kiekrzu jest dom na sprzedaż, należący do rodziny Lepplów, którzy emigrowali do Francji. Jan po rozmowie z właścicielką podjął decyzję o kupnie, ale alkohol pomieszał szyki. Jan podczas spotkania z kolegami, gdy grali w karty i popijali, pochwalił się korzystnym nabytkiem. Kolega , który pracował w policji pojechał do tej właścicielki mówiąc, że Jan rezygnuje z kupna, a on jest chętny i ma pieniądze. Umowa została podpisana i kiedy Jan wyjął pieniądze z banku i pojechał kupić dom, oferta była już nieaktualna. Natomiast kolega Kaczmarek zaproponował wynajem, na co Jan się zgodził i tak, rodzina Kutznerów przeprowadziła się do Kiekrza. Zabawne, bo i tak Jan pieniądze stracił, a dom nigdy nie był jego własnością. Zła decyzja. Dom w Kiekrzu istnieje do dziś, stoi na rogu ul. Kierskiej i Ostrej, naprzeciwko Apteki Kierskiej.

Do tego domu należało wtedy dużo ziemi. Trzeba było ją uprawiać, a tym zajmowała się Anna wraz ze starszymi dziećmi. Dużą część zajęła uprawa szparagów. Ziemia była bardzo zaniedbana i dużo wysiłku kosztowało doprowadzenie jej do dobrego stanu, tak aby zbiory były korzystne. Anna bardzo się starała i jej szparagi były najlepsze w okolicy. Sprzedawała je pewnemu mężczyźnie, który skupował od gospodarzy różne produkty rolne. Szparagi Anny były odkładane osobno, jako te najlepszej jakości. Helena pomagała mamie i codziennie przed szkołą chodziła wycinać. Musiała wstawać wcześnie rano, a potem biegła do szkoły. Kutznerowie przez kilka lat mieszkali w tym domu, ale niestety musieli poszukać sobie nowego, gdyż właścicielowi wymówiono służbowe mieszkanie. Okazało się bowiem, że pieniądze na zakup domu ukradł. Nabywca za kradzież pieniędzy poszedł do więzienia. Rodzina Kutznerów musiała bardzo szybko się przeprowadzić. Wtedy z pomocą przychodzi syn siostry Jana, Stanisławy, a kuzyn Heleny – Jan Matelski i jego kolega o nazwisku Węclewski, którego brat miał mały domek do wynajęcia w Starzynach. Takim sposobem rodzina Kutznerów trafiła do Starzyn. Zamieszkali w małym domku, po sąsiedzku z rodziną niemiecką o nazwisku Gruss.

Helena w dalszym ciągu chodziła do szkoły w Kiekrzu, bo to była jedyna szkoła w okolicy i dzieci ze Starzyn do niej należały. Helena była dobrą i lubianą uczennicą. Jej ulubionym przedmiotem była matematyka, za to nie znosiła lekcji historii. Była ulubienicą nauczyciela Schuldza i jego żony, toteż Helena często gościła w ich domu. Zabawiała i opiekowała się ich synem (chyba Włodziem). Często bywała tam nocą, spała u nich, gdy gdzieś wychodzili. Mieli służącą, młodą dziewczynę, ale ona często umawiała się z chłopakami, więc nie mogli na nią liczyć, szczególnie wieczorami. Tak Helenka była opiekunką Włodzia, a państwo Schuldzowie chcieli zatrzymać Helenę na stałe. Anna, mimo oferowanych pieniędzy, nie zgodziła się na taki układ - w końcu to jej dziecko.

Jan coraz bardziej podupadał na zdrowiu, jego ojciec Michał, jak przestał pracować (teraz się mówi, że poszedł na emeryturę) to zamieszkał z nimi, żeby trochę im pomagać. Małżeństwo Michała i Michaliny Kutznerów zostało rozdzielone. Michał zamieszkał z synem Janem, a jego żona Michalina zamieszkała z córką Wiktorią w Kąsinowie. Tam też pracował Michał, jako tzw. kuczer, czyli powożący końmi. Bogaci gospodarze zatrudniali osoby, które zajmowały się wożeniem państwa. W eleganckich bryczkach, specjalnych ubraniach - też eleganckich - jeździli z państwem do kościoła, do znajomych, na spacery. Właśnie Michał miał taką pracę i czasami też mógł przewieźć bliskich. Zabierał Jana i jego rodzinę i podwoził do matki i siostry do Kąsinowa, ale drogę powrotną często musieli pokonywać na piechotę, bo Michałowi często nie pasowało, by mogli razem wrócić do Starzyn. Dlatego na te odwiedziny nie zabierali małych dzieci. Domek w Starzynach nie był duży. Składał się z dwóch pomieszczeń, w tym pokoju, który zajmowały dzieci. Dziadek też miał w nim swój kącik - szafę, łóżko i kuferek. W kuchni swoje miejsce mieli też Jan, Anna i Michał. W wielu pracach wyręczał syna, pomagał synowej, bo Jan żadnej ciężkiej pracy wykonywać nie mógł. Po pewnym czasie Michał też zaniemógł, zaczął chorować - wtedy Helena, jako jedyna, najbardziej opiekowała się dziadkiem, a z nim było coraz gorzej. Choroba postępowała. Michała dopadła choroba psychiczna, nie wiedział co robi i dlatego trzeba było go pilnować. Znowu Helena stała się najlepszą opiekunką. Była bardzo czuła i jak tylko była w domu, bardzo ofiarnie zajmowała się dziadkiem. Było coraz gorzej. Gdy dziadek musiał iść do wychodka, to zabierała mu pasek i inne ruchome rzeczy, bo wrzucał je do środka, a papier mu podawała, bo inaczej też wrzucał do środka albo uciekał do sąsiadów i mówił, że nie dają mu jeść (mimo, że dopiero co odszedł od stołu). Wtedy Helenka zabierała go do domu, a on jej słuchał jak nikogo innego i posłusznie wracał z nią do domu.

W okresie międzywojennym w domu Jana i Anny Kutzner nie przelewało się. Dzieci dorastały, chodziły do szkoły, ale oprócz tego, jak mogły, to pracowały - najczęściej u bogatych gospodarzy, zwłaszcza chłopcy. Dziewczęta pracowały w domu, zaś Jan był coraz bardziej nerwowy i popijał. Helena pamięta taką szczególną sytuację: w niedzielny poranek Jan wysyła syna Konrada do sklepu po gorzałkę, Konrad nie chciał iść. Była zima, ciemno, a do sklepu Matuszków w Kiekrzu jest daleko. W Starzynach sklepu nie było, jedyny w okolicy to ten w Kiekrzu u państwa Matuszków - budynek ten istnieje do dzisiaj w centralnym punkcie Kiekrza (inne sklepy też są, ale nie spożywcze). To budynek gdzie mieszkają Bocheńscy – potomkowie Matuszków, właścicieli sklepu. Mieszka tam wnuczka, Bocheńska. Kuba to prawnuk - to wiadomość do Artura. Jan nie dał synowi pieniędzy na gorzałkę, tylko miał przynieść na zeszyt. Helena bardzo przeżywała tę sytuację, bo często wspominała o tym. Konrad po tę gorzałkę nie poszedł, tylko usiadł na rowie i płakał. Zobaczył go ojciec, który wyszedł sprawdzić, dlaczego tak długo syn nie wraca i wtedy zobaczył go siedzącego na rowie. Zrozumiał, że chłopak wcale nie poszedł i bardzo się wściekł. Chwycił za pas od spodni i zaczął chłopaka okładać, nie patrząc gdzie. Anna zasłaniała chłopaka, ale jej też się dostało. Cała rodzina się spłakała i strasznie to przeżyła, bo Helena do końca swoich dni to wspominała. Mocno zapisało się to w jej pamięci.

Czas płynął, dzieci Jana Kutznera dorastały, chłopcy pracowali na polach u bogatych gospodarzy, dziewczęta pomagały w domu, a po lekcjach też chodziły do gospodarzy tzw. “bambrów”, gdzie wykonywały lżejsze prace - zbierały ziemniaki, pomagały przy wykopkach warzyw, chodziły do sadu. Helena była osóbką bardzo rezolutną i wesołą, bardzo lubianą. Chodziła do pracy, pomagała mamie, a przede wszystkim zawsze asystowała siostrze Celinie w różnych pracach domowych i dlatego umiała dużo różnych rzeczy. Celina ją uczyła piec i gotować, szyć i robić na drutach, a Helenka była bardzo ciekawa i pojętna. Szybko wszystkiego się uczyła i dlatego do końca życia ze wszystkim sobie doskonale radziła. Należy jeszcze wspomnieć o zakupach i sklepie państwa Matuszków. Anna była bardzo gospodarną kobietą, ale czasy były ciężkie, a dzieci dużo i nie zawsze starczało w miesiącu na zakupy. Anna brała na tak zwany zeszyt (kredyt) – ale zawsze oddawała, sprzedawała warzywa i owoce i radziła sobie, a pani Matuszkowa bardzo ją lubiła i za każdym razem, gdy Helenka przychodziła do sklepu po zakupy, dostawała od właścicielki cukierki albo tak zwane szneki, czyli drożdżówki. Jednak alkoholu na zeszyt nie chciała dawać. Helena miała w szkole koleżanki: Jankę Kowalak, Jankę Dziamską, a także przyjaźniła się z Jadwigą Koroll, która z licznym rodzeństwem mieszkała niedaleko ich domu w Starzynach na tej samej ulicy. Helena często była gościem w domu koleżanki, zaprzyjaźniła się z resztą rodzeństwa i ich matką, która sama wychowywała dzieci - mąż zmarł wcześnie. Rodzina Korolów miała gospodarstwo rolne i duży dom, w którym często urządzano potańcówki, a Helena chętnie brała w nich udział. Na jednej z takich potańcówek poznała swojego przyszłego męża.

Miała 15 lat, gdy na potańcówkę przybyli koledzy jednego z braci Jadwigi, Janka: dwóch przystojnych chłopaków, Janek Sumiński z Rogierówka i Tadek Gołaski z Pawłowic (miał wtedy 19 lat). Bardzo mu się Helenka spodobała i tak się przedstawił: „Kałamański - skład gaci” - chciał na niej zrobić wrażenie. Pewnie tak, bo Kałamański to był bardzo bogaty żyd, który w Poznaniu miał sklepy z odzieżą, między innymi z bielizną damską - i pewnie dlatego chciał jej zaimponować. Ale takie przywitanie wywarło odwrotny skutek, bo Helenka pomyślała, że straszny bufon z tego Tadzia i przez to nie bardzo się jej spodobał. Spotykali się jednak często, ponieważ Tadeusz był częstym gościem u Korolów. Poza tym, mieli duże grono wspólnych znajomych. Razem chodzili na spacery, spotykali się nad jeziorem albo w lesie. To ten las na drodze z Pawłowic do Starzyn, ulubione miejsce spotkań młodzieży z okolicznych wsi. Zbierali się szczególnie w niedzielne popołudnia, rozmawiali, śpiewali, a potem odprowadzali dziewczyny do domów. Tadeusz adorował Helenkę, a i ona zaczęła odwzajemniać jego uczucia. Najpierw spotykali się w grupie, a potem umawiali się już sami. W Kiekrzu, naprzeciwko kościoła (w miejscu, gdzie państwo Petersowie mieli sklep - ten budynek należał do rodziny Dobrowlańskich, pani Peters pochodzi z tej rodziny) była sala taneczna i gospoda. Tam również urządzano potańcówki i tam właśnie Tadeusz zaprosił Helenkę na tańce. Wspominam o tym, ponieważ Helena często opowiadała o zabawnej sytuacji. Tadeusz był bardzo przystojnym chłopakiem i wiele dziewczyn zazdrościło, że akurat wybrał Helenkę. I tak na tych tańcach jedna ze starszych panien zwróciła Helence uwagę, że jest za smarkata, aby się prowadzać z takim chłopakiem, ale Helenka była rezolutną dziewczyną i bez skrępowania odpowiedziała, że jak się jej podoba - tej pannie - to ma go sobie wziąć i posadzić na szafonierce (to mebel z rodzaju komód) i na niego patrzeć. Wtedy Tadeusz był szalenie zakochany w Helenie i na inne panny nie zwracał uwagi, a Helence bardzo się podobał, bo był elegancki i „trzymał ręce przy sobie” - tym ujął młodą dziewczynę.

Była wiosna 1939 roku. Helena miała wtedy 16 lat. Jak już wspomniałam, była bardzo związana z siostrą Celiną, a ona w tym czasie związała się ze Stowarzyszeniem Młode Polki. Działało ono przy kościele parafialnym w Kiekrzu. Do stowarzyszenia należały starsze dziewczęta. Przewodniczyła im panna Antkowiakówna. Celina jednak zabierała na zebrania również Helenę, która była bardzo rezolutna i bardzo pomocna. Dziewczęta zajmowały się różną działalnością, pomagały w utrzymaniu kościoła i z ich inicjatywy została zbudowana z kamieni grota z figurą Matki Bożej, która jest przy kościele. Organizowały przedstawienia dla dzieci i dorosłych, uczyły różnych robótek i innych prac na rzecz społeczności kierskiej. Obie siostry aktywnie uczestniczyły w tych pracach. Na dzień 1.09.1939r. przygotowywały przedstawienie. Helena miała w nim tańczyć i śpiewać – „Rośnie kalina z liściem szerokim”. Do przedstawienia jednak nie doszło - wybuchła wojna.

Rodzinę Kutznerów, tak jak wszystkich Polaków opanowała panika. Jan poprosił siostrzeńca Zygmunta Nyczkowskiego, aby ten pojechał zobaczyć, dokąd Niemcy doszli. Pojechał rowerem, dojechał do Obornik dalej już go nie puszczono. Jak wrócił i to opowiedział, cała rodzina płakała. Nie wiedzieli co ich czeka. Choroba Michała postępowała. Były okresy, że nie wstawał z łóżka i nie kontaktował, ale też miał chwile w których można było z nim porozmawiać, chociaż choroba powodowała spustoszenie w jego mózgu. Cały czas jego najukochańszą wnuczką była Helenka. Starała się opiekować dziadkiem i rozmawiać z nim, ale jak pytała co mu jest, co go boli, to jej nie powiedział: „Nie mogę ci powiedzieć, pupko” – to były jego słowa. Koniec 1939 i początek 1940 r. to były ostatnie chwile dziadka Michała. Zmarł pod koniec stycznia, a na początku lutego został pochowany. Helena trochę obwiniała się o jego śmierć, bo dziadek głośno łykał ślinę. Myślała, że chce pić i na łyżeczce wlała mu w usta trochę wody, a dziadek zaczął się dusić. Jakieś dziwne „chroboty” wydobywały się z jego gardła. Helena z płaczem pobiegła po mamę i myślała, że zrobiła dziadkowi krzywdę, ale to po prostu były jego ostatnie chwile życia i niestety dziadek zmarł. Zima była wtedy bardzo mroźna i śnieżna. Pogrzeb miał się odbyć w kościele w Kiekrzu, a droga była zasypana śniegiem - nie było przejazdu. Jakoś polem udało się przewieźć trumnę, a uczestnicy pogrzebu musieli piechotą przedrzeć się do kościoła. Było bardzo zimno, ale pogrzeb się odbył i dziadka pochowano na cmentarzu przy kościele. Przez długi czas jego imię i nazwisko widniało na nagrobku, aż do czasu śmierci Jana Kutznera, wnuka, którego w tym miejscu pogrzebano. Dzieci Jana postawiły nowy nagrobek i imienia Michał nie umieszczono na nim.

Muszę napisać teraz o czasach wojny, które dla rodziny Kutznerów były tragiczne. Zanim do tego doszło, jak weszli Niemcy, wszyscy musieli pracować. Jan nie pracował, bo po wojnie był kaleką, również jego najmłodsza córka Anna, bo była za młoda - w roku 1927, gdy wybuchła wojna, miała 12 lat. Helena, Zofia i Celina pracowały w pobliskiej Rokietnicy na majątku Niemca, a po pracy spotykali się ze znajomymi obok swojego domu, który sąsiadował z gospodarstwem Grussów. U nich był szynk czyli knajpa. Były to jeszcze czasy, że Polacy mogli też tam przychodzić. Po ciężkiej zimie przyszła wiosna i młodzi ludzie coraz częściej spotykali się na świeżym powietrzu. Okoliczne gospodarstwa były własnością Niemców, a inne, po wejściu wojsk, Niemcy obsadzili swoimi rodakami. Jedno takie gospodarstwo było własnością Puziajki - jak dokładnie brzmiało to nazwisko to nie wiem, bo Helena tak właśnie o niej mówiła. Lato powoli zastępowało wiosnę, nadszedł czerwiec. Puziajka często odwiedzała Grusskę, przyjaźniły się. Grusska też miała dzieci, córka była w wieku Heleny, znały się ale nie przyjaźniły. Wczesnym wieczorem, widząc stojące po pracy dziewczyny, Puziajka miała powiedzieć do Grusski: „Stoją tu takie dziewuchy jak krowy, a moich krów nie ma kto wydoić”. Ona była sama, dzieci nie miała albo małe, a mąż był na wojnie. To zdarzenie, jak przypuszczali Kutznerowie, było przyczyną ich tragedii. Jeszcze jedna sytuacja mogła zadecydować o fakcie wysiedlenia. Nazwisko Kutzner pisze się przez “tz” - to jest pisownia z niemieckiej gramatyki (być może przodkowie pochodzili z niemieckiego rodu?). Niektórzy Polacy, między innymi rodzina Korolów, aby przeżyć stawali się folksdojczami, czyli przechodzili na niemieckie zasady. Od razu synowie zostali wcieleni do Hitlerjugend, czyli młodzieżowej organizacji hitlerowskiej. Najstarszy syn był pełnoletni i nie podpisał tej listy, ale pracował u matki jako parobek, bo ojciec ich już nie żył, a na roli trzeba było pracować. Na wojnę nie poszedł i przeżył.

Jan Kutzner nie zamierzał wpisywać się na tę listę i tak pewnego dnia rodzinę powiadomiono o wywózce na roboty do Niemiec. To był czerwiec, pełnia lata, wszyscy płakali. Gdy Tadeusz się o tym dowiedział, szybko wsiadł na rower i przyjechał pożegnać się z Heleną. Wtedy pierwszy raz pocałowali się i obiecali sobie, że jak przeżyją to do siebie wrócą. Jedno drugiemu podarowało medalik - Helena do śmierci go nosiła, ale czy to był ten – nie wiem. Wiem natomiast, że jakiś medalik zgubiła w jeziorze podczas kąpieli - to może był tamten? Musieli się rozstać. Żandarmi przyjechali, mieli tylko kilka chwil na zabranie niezbędnych rzeczy. Wsiedli na furmankę i wieziono ich w kierunku Poznania. Wszyscy płakali, bo nie wiedzieli, co z nimi będzie. Na placu przy dworcu kolejowym w Poznaniu zgromadzono bardzo wiele osób. Była to wielka rzesza. Wszędzie panował strach, słychać było płacz ludzi i krzyki Niemców. Rozdzielano rodziny, zabierano dzieci - tragedia. Rodzina Kutznerów trzymała się razem. Zarówno Jan jak i Anna biegle mówili po niemiecku i poprosili jakiegoś ważnego Niemca, aby ich nie rozdzielano i całą rodzinę skierowano na inny plac.

Anna, matka Heleny, mówiła biegle po niemiecku, ponieważ urodziła się i wychowywała w Niemczech. Jej dwie siostry wyszły za mąż za Niemców jeszcze przed wojną. Jedna z nich nazywała się Brand i Helena zastanawiała się czy Willi Brand, pełniący swego czasu funkcję kanclerza Niemiec, był jej kuzynem. Ta sprawa nie została do końca wyjaśniona. Były to czasy, że nie przyznawano się do znajomości po tamtej stronie muru berlińskiego. Jednak coś w tym było, bo syn kuzyna Heleny ze strony matki - Zygmunta Nyczkowskiego - wyemigrował do Niemiec i przyjął obywatelstwo, czyli musiał udowodnić swoje niemieckie korzenie. Co się z nim dzieje nie wiem, bo po śmierci Zygmunta kontakt się urwał. To była rodzina ze Szczecina.

Wracając do momentu wywózki na roboty, gdy znaleźli się na innym placu, wszyscy zostali skierowani do wagonu towarowego, w którym było już prawie pełno innych wygnańców. Kiedy skład był już pełen, pociąg ruszył. Towarzyszył temu głośny płacz, szloch i lament. Nikt nie wiedział co ich czeka. Podróż wagonem towarowym była bardzo uciążliwa i trwała kilka godzin. Wysiedli na niewielkiej stacji Strzelce Krajeńskie, a później furmankami przewieziono całą rodzinę do majątku von Rietza w Licheniu. Zamieszkali razem z innymi wysiedlonymi „na roboty”, w tzw. „kaserni”. Był to budynek gospodarczy. Góra była zaadoptowana na mieszkania. Anna gotowała obiady dla mieszkańców. Jan nie pracował, natomiast dzieci, łącznie z najmłodszą Anną, musieli pracować na polu przy żniwach, wybierkach i wszystkich pracach polowych. Pilnowano ich i poganiano, nie szczędząc batów i kopniaków. Cały czas wysiedlonym towarzyszył strach o życie swoje i najbliższych. To były bardzo trudne początki, nieznane sytuacje, ale byli wszyscy razem całą rodziną i wzajemnie się wspierali. Codzienna praca była ciężka. Helenka była bardzo lubianą dziewczyną, nawet przez Niemki.

Pomimo różnych zakazów starały się pomagać i ich dozorca, który ich pilnował przy pracach polowych też dla Helenki był łaskawy. Nawet czasami przynosił jej kanapki do roboty. Były też takie sytuacje, że wybierał dla niej lżejsze prace. Helenka miała również swoje koleżanki i kolegów, których tam na robotach poznała. Z niektórymi utrzymywała kontakt aż do śmierci. Wraz z upływem czasu starali się zaakceptować sytuację, w której się znaleźli. Musieli nosić znaczki z literką “P” i wielu rzeczy nie wolno było im robić. Przede wszystkim nie wolno było im się oddalać z tego miejsca, do którego ich przywieziono. Tęsknota była wielka, tym bardziej, że tutaj w Pawłowicach został chłopak, w którym Helena się zakochała. Można było jednak pisać listy. Koleżanka, Jadwiga Koroll, również została u siebie, gdyż matka podpisała niemiecką listę. Rodzina Korollów została w Starzynach. To zapewniło kontakt z rodzinnymi stronami. Helena pisała listy do Tadzia, a on do niej i pomimo wojny one dochodziły, ale niestety żaden się nie zachował. Było też trochę zdjęć z czasów wojny z pobytu w Licheniu (Lichtenow) i z pobytu Heleny na przepustce w Starzynach u rodziny Korolów oraz z pobytu w Pawłowicach u rodziny Gołaskich. Jednak tych zdjęć pozostało niewiele. Dodatkowo, pożar, który wybuchł w domu Doroty, córki Heleny, w 2013 roku zniszczył w dużym stopniu te, które pozostały. Nadchodziła zima 1940/41 roku, prac polowych już nie było, plony zostały zebrane, a ziemia przygotowana do wiosny zresztą zamarzła.

Wysiedleńcy pracowali w budynkach albo chodzili do lasu, gdzie trwały przecinki. Układali drewno, sprzątali gałęzie. Była to bardzo ciężka robota, gdyż mroźna zima dawała się we znaki. Nie mieli odpowiednich ubrań. Przez szybkie wysiedlenie nie pozwolono im wszystkiego zabrać. Tereny, na których znajduje się Licheń, otoczone są lasami - to przecież Puszcza Nadnotecka. Ciężka to była zima. Helena i jej siostry zaprzyjaźniły się z innymi dziewczynami. Wszystkich nie pamiętam, ale była Zosia Mądra, Frania i inne, a także Janek Piechocki, Stasiu Lesiak, Jan Kurzepa (późniejszy mąż Zosi Mądrej) - to właśnie z nimi najbardziej byli zaprzyjaźnieni Helena i Tadeusz Gołascy. Znajomość ta przetrwała długie, długie lata, ale niestety, w tej chwili już wszyscy odeszli. Miała też Helenka swoich adoratorów, ale nikt nie miał u niej szans - narzeczony pozostał w Polsce. Mimo, że wiele dziewcząt i również starsze siostry wdawały się w romanse. Były ciąże i dzieci wojenne. Helenka jednak pozostała wierna. Niemcy jednak bardzo surowo karali kontakty cielesne pomiędzy Polakami, a Niemcami. Były one niedopuszczalne i zawsze, zarówno jedni jak i drudzy zostawali ukarani. Polacy najczęściej trafiali do obozów koncentracyjnych. Nie przypominam sobie, aby Helena wspominała o takich sytuacjach które miały by miejsce w Licheniu. Przyjaźnie zawierane były wśród swoich.

Mijały dni na ciężkiej pracy, a i w domu trzeba było pomóc rodzicom, zatroszczyć się o jedzenie, którego nie było za dużo. Jednak dziewczyny się starały, załatwiły mąkę z młyna, którą trzeba było wieczorową porą przynieść do domu. W ciągu dnia, nie budząc nikogo zainteresowania, schowały mąkę w wychodku. Przeniesienie jej obok okien Niemki było bardzo trudne. Musiały to zrobić wieczorem, ale jeszcze przed godziną policyjną. Trzeba było odwrócić uwagę Niemki, gdyby nagle się zainteresowała, co dziewczyny robią wieczorem. Helena zabrała najmłodszą siostrę, która wzięła pakunek z wychodka. Była szczupła, a miała za dużą kurtkę po starszej siostrze i bez problemu ukryła mąkę pod kurtką. Natomiast Helena pozostała na tzw. czatach i w razie zainteresowania Niemki miała powiedzieć, że czeka na Anię, bo ją brzuch boli. Udało się jednak i tak, bez wiedzy rodziców, mąka trafiła do rodziny i na długo pomogła jeść im trochę lepiej, ale rodzice byli przeciwni takim sytuacjom, bo to groziło przecież śmiercią wszystkich. Tym bardziej, że cały czas namawiano Jana do podpisania listy, żeby rodzina przeszła na niemiecką stronę. Jan się nie zgadzał i rodzina była bacznie obserwowana. Musieli bardzo się pilnować. Jakakolwiek wpadka groziła śmiercią rodzinie i mimo wszystko nie obyło się bez tragedii, która bardzo boleśnie doświadczyła wszystkich.

Rok 1941 zbliżał się do końca, była jesień, okres wykopków. Przed zbliżającą się zimą wszyscy intensywnie pracowali. Niemcy bardzo pilnowali, żeby pola były porządnie posprzątane, nic nie mogło się zmarnować. Jak mawiała Helena, nawet złamaną słomkę trzeba było podnieść. Jesienny dzień, pora wybierek: Jan nie pracuje ze względu na swoje kalectwo, Anna zajmuje się gotowaniem dla tych co na polu (nie tylko dla swojej rodziny), najmłodsza Ania u Niemki bawi dziecko, a reszta pracuje na polu. Marcel obsługuje konną kopaczkę, podczas pracy ona się psuje, a że nie może jej naprawić, jedzie do kuźni, w której pracuje drugi z braci Kutznerów, Konrad. Usiłują naprawić kopaczkę. W tym momencie przychodzi tam brygadzista Mueller. Był to bardzo znienawidzony Niemiec, który bił i poniewierał Polaków i innych, którzy byli tam na robotach. Znęcał się nad Polakami najprawdopodobniej za kontuzję, którą odniósł w kampanii wrześniowej w Polsce. Nigdy nie rozstawał się z grubym kijem. Bez żadnej przyczyny zaczął nim bić Marcela. Za bratem wstawił się Konrad, jednak na próżno usiłował wytłumaczyć, że usiłują naprawić maszynę. Widząc, że nie przestał bić Marcela, Konrad z kluczem, który trzymał w ręce, ruszył w stronę Niemca. Ten uciekł, ale po chwili wrócił z administratorem majątku, Scheringiem. Nie słuchali żadnych tłumaczeń braci i bili ich, a potem zamknęli w piwnicy miejscowej gorzelni. Już ich nie wypuścili, a rodzina już ich więcej nie zobaczyła, bo następnego dnia przyjechała po nich policja i zabrali ich do Strzelec Krajeńskich.

Pierwsza wiadomość dotarła do rodziny w połowie października 1941 r. W liście poinformowali, że znajdują się w obozie karnym Szczecin - Police. W tym czasie, Niemcy bardzo mocno naciskali Jana, by podpisał volkslistę - jeżeli to zrobi, to synowie być może odzyskają wolność. Jan wahał się, jednak pozostałe dzieci nie chciały, by to zrobił, bo straci ich wszystkich. Pozostałych synów zabiorą do wojska, a dziewczęta do Hitlerjugend i rodzina się rozpadnie. Jan był rozdarty, nie wiedział co robić, postanowił pojechać do Szczecina do synów. Uzyskał stosowne pozwolenia i pojechał, ale nie dojechał. W pociągu spotkał Polaków, którzy mu odradzili podróż, ponieważ synom nie pomoże, a i on już nie wróci. Było to tak przekonywujące, że zawrócił. Ostatnią wiadomość otrzymali od synów na początku lutego 1942 r. Marcel pisał w liście, że chcieli by ich jak najszybciej zobaczyć. Jednak już nigdy ich nie zobaczyli. Helena bardzo przeżywała to rozstanie z braćmi, rodzinie stale towarzyszył strach, co będzie z braćmi, co będzie z nimi. Tragedia rodziny Kutznerów rozegrała się pod koniec kwietnia 1942 r. Wtedy niemieccy bauerzy mieli swoich robotników przymusowych zgromadzić w Licheniu u sołtysa. To był dzień, jak się później dowiedzieli, stracenia braci Kutznerów, jednak nikt z rodziny nie był o tym powiadomiony. Przywieziono ich samochodem ciężarowym i powieszono na drzewie. Dokonał tego jakiś SS-man. Po tym ciała zabrano i samochód odjechał, rodzina nigdy nie dowiedziała się, co się stało z ciałami. Rodzina Kutznerów dopiero następnego dnia dowiedziała się o tym fakcie, rozpaczy nie było końca. Ta rozpacz pozostała we wszystkich do końca życia. Helena nigdy nie zapomniała o swoich straconych braciach. Odwiedzała miejsce stracenia oraz miejsce w Licheniu upamiętniające tę śmierć – kamienny obelisk ufundowany przez miasto Strzelce Krajeńskie. To miejsce traktowała jako taki symboliczny grób. Odwiedzaliśmy te miejsca 2 razy w roku - w kwietniu i w okresie Wszystkich Świętych, dbając jak o groby. Za każdym razem odwiedziny te kończyły się wielką zadumą i łzami w oczach.

Ta wielka tragedia jeszcze bardziej umocniła więzi rodzinne i wszyscy starali się wzajemnie wspierać, aby przeżyć. Robili wszystko, by nie podpaść Niemcom. I tak upływały kolejne wojenne dni. W Starzynach pozostała rodzina Korolów. Jadwiga była koleżanką Heleny i to trochę z tego tytułu udało się jej pojechać do Polski. Odwiedziła wtedy również Tadeusza, który mieszkał w pobliskich Pawłowicach. Nocowała u Korolów, a do Poznania przyjechała pociągiem. Była tu kilka dni, bo pozwolenie nie było zbyt długie, ale zobaczyła się z narzeczonym, znajomymi i zobaczyła, jak tu ludzie żyją. Była wojna, wszędzie dominował strach o życie swoje i bliskich, strach o to co będzie jutro. Był koniec 1942 r. Nie mieli żadnych wiadomości o tym, co dzieje się na frontach i jak przebiega wojna. Niemcy nie informowali co się dzieje i tak minęły następne 2 lata.

Zbliżał się koniec 1944 roku, zima była znowu bardzo ciężka, ale wszyscy wywiezieni czuli, że coś się dzieje, bo Niemcy zrobili się nerwowi i powoli wywozili cenne rzeczy. Rodzina Kutznerów też przeczuwała, że coś się dzieje, ale nie mieli pojęcia, że wojna ma się ku końcowi. Bali się co będzie, ale nie wiedzieli czy przeżyją. Wyzwolenie przyszło nagle, aż zbyt nagle. Najpierw usłyszeli kanonadę, która się przybliżała. Coraz wyraźniej i głośniej było słychać wystrzały, potem do wsi wpadli Rosjanie, niszcząc i zabijając. Wybili wszystkich swoich rodaków, którzy tu trafili do niewoli. Strzelali do wszystkich, palili co tylko im stanęło na drodze. Rodzinie Kutznerów udało się zapakować w kosz niezbędne rzeczy i uciec przez okno, ale nie byli w komplecie, bo 2 braci - Jan i Tadeusz, jako wozacy zostali zabrani przez Niemców, którzy wcześniej się spakowali i uciekali. Rodzina nie wiedziała czy jeszcze się spotkają. Helena nie wiedziała czy jeszcze zobaczy braci, ale teraz myśląc o sobie musieli zorganizować jakiś pojazd, którym wrócą w rodzinne strony. Taki był plan - w rodzinne strony. Pomogli inni - zorganizowali wóz i woły, bo koni nie było (wszystkie zabrali Niemcy). Ojciec Heleny nie dałby rady iść pieszo. Uraz, którego doznał w czasie I wojny dawał się mocno we znaki, wykluczał pieszą wędrówkę. Jan musiał mieć pojazd i taki mu zorganizowali towarzysze niedoli. Załadowali na wóz te rzeczy które udało im się szybciutko zabrać, trochę jedzenia i jakieś cieplejsze rzeczy. To był luty 1945 roku.

U początku lutego zima była bardzo ostra, a oni ruszali w drogę do domu, która była daleka. Chcieli wrócić do Starzyn, bo tam przed wojną był ich dom. Niektóre rzeczy udało się zabrać i przechować przez Janka Matelskiego w jego domu, też w Starzynach. Janek to kuzyn Heleny, a siostrzeniec Jana, czyli syn starszej siostry Jana - Stanisławy Matelskiej z domu Kutzner. Wzięli tylko to, co w ręce. Helena z Celiną chwyciły kosz z jedzeniem, który miały przygotowany na taką okoliczność i z palącej się kasenri wydostały się oknem. Helena opowiadała, że jak Rosjanie weszli, to palili wszystko fosforem. Trzeba było szybko uciekać. Pospiesznie opuścili Licheń, ale nie wszyscy, bo Jan i Tadeusz pojechali odwozić Niemców nie z własnej woli - wtedy jeszcze musieli wykonywać ich polecenia. Wielką niewiadomą było, czy rodzina jeszcze się spotka, bo rozjechali się w różne kierunki. Jan i Anna oraz mała dziewczynka Mychna, córka Celiny, na wozie, natomiast dzieci Zofii (była dwa razy w ciąży) nie przeżyły. Reszta obok wozu na piechotkę. Wracali gromadą. Wraz z Kutznerami jechali do domów inni towarzysze niewoli, szczególnie ci, którzy mieszkali po drodze. Wybrali drogę przez Sieraków. Natomiast Janowi i Tadeuszowi udało się uciec wozem z końmi. Chociaż wracali inną drogą, doszło do spotkania.

W czasie drogi ludzie byli różni – jedni pomagali zapewniając nocleg i skromne, jak na owe czasy, pożywienie; inni usiłowali okraść, zabrać to, co im jeszcze pozostało. Najbardziej niebezpieczni byli wyzwoliciele Rosjanie, ponieważ „im było wszystko wolno”. Zabijali, rabowali, gwałcili dziewczyny. Anna musiała bronić swojej córki. Jednemu Rosjaninowi spodobała się Helena i koniecznie chciał, by pojechała z nim. Anna wytłumaczyła, że dziewczyna jest chora na gruźlicę. Inny chciał zastrzelić, bo nie chciała mu Helena oddać chustki (miała taką ciepłą, jeszcze z Lichenia), a przecież była sroga zima, ale znowu Anna ją uratowała. Oddała chustkę, a córkę wepchnęła gdzieś między zwierzęta, gdy zatrzymali się w jakimś gospodarstwie. To były zdarzenia, które mocno wyryły się w pamięci Heleny, bo często we wspomnieniach do nich wracała. Do domu mieli jeszcze daleko. Helena znalazła sobie żółtą czapkę, która leżała gdzieś przy drodze. W powojennym krajobrazie Polski wszystko było zniszczone i w wielu miejscach były porozrzucane ubrania, meble i inne sprzęty. Takie żniwa przynosiła wojna. Dojechali, doszli do Dębowca, kilka kilometrów od Sierakowa i tam zostali bardzo serdecznie ugoszczeni przez rodzinę jednej z dziewcząt która z nimi wracała. Wielka radość zapanowała w tym domu. Rodzina Kutznerów została serdecznie ugoszczona, zapewniono im nocleg, bo przed nimi był jeszcze spory kawałek do przejścia. Musieli przeprawić się przez rzekę Wartę, przechodząc po zniszczonym moście, bo inny znajdował się w dużej odległości od tego miejsca (w dodatku nie mieli pewności, czy jest cały).

Czekała ich ciężka przeprawa. A zima tego roku była wyjątkowo ciężka. Nawet rzekę skuł lód, ale nie do końca – pośrodku nurt był wartki. Trzeba było całą rodziną przeprawić się jakoś na drugą stronę, mimo braku mostu. Właśnie przed przeprawą doszło do spotkania całej rodziny, bo Jan i Tadeusz, którzy uciekli Niemcom, dołączyli do rodziny. Radość była wielka, jednak przeprawa była najważniejsza. Podjęto próbę przedostania się po lodzie, temperatura wzrosła, mróz się zaostrzył i rzeka Warta zamarzła. Z wielką trwogą, na saniach ciągniętych przez woła, pomalutku rodzina postanowiła przejść na drugą stronę i udało się. Janek i Tadeusz z końmi przedostali się na drugą stronę w innym miejscu. Helena bardzo bała się tej przeprawy, ale na szczęście w końcu wszyscy szczęśliwie znaleźli się na drugim brzegu Warty, bliżej domu. Jeszcze przez kilka dni trwała podróż do Starzyn (mieszkali tam przed wywozem). Po dotarciu na miejsce, rodzina Kutznerów została otoczona opieką.

Sołtys (był już wybrany) o nazwisku Koziarz, przedstawił im propozycję domów do zamieszkania i Jan z Anną wybrali dom dwurodzinny w Starzynach. Po sąsiedzku mieszkała rodzina Hałajów. Myślę, że dobrze napisałam to nazwisko. Kutznerowie mieli dwa pokoje z kuchnią i mały pokoik na strychu, ale nieogrzewany i zimą z niego nie korzystali, tylko latem. Mieli również inne propozycje zamieszkania, np. w gospodarstwie poniemieckim, ale Jan nie zdecydował się zasiedlić z dwóch przyczyn: po pierwsze, obawiał się szybkiego powrotu Niemców, a po drugie, przez wojnę ciężko narobili się na ziemi i już nie chciał, by dzieci musiały nadal ciężko pracować. I tak zamieszkali w Starzynach. Przy domu był spory kawałek ziemi i niewielkie zabudowania gospodarcze. Dostali zwierzęta, jakieś świnki, krowę, i powoli zaczęli przyzwyczajać się do normalnego życia, takiego po wojnie. Do tego też musieli się przyzwyczajać, bo po tylu latach pracy przymusowej nie było lekko. Powoli wszystko wracało do normy, powoli oswajali się z bólem po stracie synów i braci. Jan nie inicjował żadnych kroków, by uzyskać odszkodowanie po stracie synów. Cały czas prześladowała go myśl o powrocie Niemców. Zakorzeniony strach paraliżował jego działanie. Nie chciał stracić innych dzieci. Rodzeństwo również usiłowało zaaklimatyzować się w nowej rzeczywistości. Starsi szukali pracy, by odciążyć rodziców, podobnie dziewczyny. Helena razem z siostrą Celiną znalazły pracę w lesie, ale musiały daleko jeździć rowerami, aż do Krzyżownik. Po pracy to właśnie Helena pomagała w gospodarstwie, doiła krowę i wykonywała inne prace. Celina zajmowała się domem, a szczególnie gotowaniem i robieniem przetworów. Zofia z kolei zajmowała się porządkami, szczególnie prasowaniem i układaniem w szafach - to były jej ulubione zajęcia. Chłopcy natomiast wynajmowali się do prac rolnych – mieli konia.

Z niecierpliwością na powrót Heleny czekał jej chłopak, Tadeusz Gołaski, który wojnę przeżył w gronie rodzinnym w pobliskiej wiosce Pawłowice. Jeszcze przed wywiezieniem na roboty oboje bardzo zakochani w sobie obiecali , że będą na siebie czekać i jeśli przeżyją wojnę to będą razem. Dlatego powrót Heleny był wielką radością.

Tadeusz mieszkał z rodzicami i rodzeństwem, ojciec Józef był dwukrotnie żonaty. Pierwsza żona wcześnie zmarła pozostawiając troje dzieci: dwie córki i syna, lecz ten zmarł jako młody chłopak. Drugą żoną była Franciszka, matka Jana, Kazimierza, Tadeusza i Wandy. Wszyscy się cieszyli z powrotu Heleny, a Wanda bardzo ją lubiła, jak przyjaciółkę. Były w równym wieku. I tak wszystko powoli wracało do normalności.

Siostra Zofia poznała chłopaka i szykowało się wesele, a ponieważ Helena i Tadeusz myśleli o sobie poważnie, Zofia namawiała, by ślub odbył się razem. Matka Tadeusza stwierdziła, że ślub w maju (a taki termin wybrała Zofia) to niedobra pora na zaślubiny. Mówiła: „A, niech młodzi pochodzą sobie jeszcze przez lato. Helena dopiero co wróciła z ciężkich robót. Wesele będzie jesienią, jak się świnki podchowają i świeża mąka będzie”. Młodym faktycznie nie spieszyło się i posłuchali rady Franciszki. Odłożyli decyzję na jesień. Helena jeździła do pracy w lesie do Krzyżownik. Było to zarówno ciężkie, jak i niebezpieczne dla młodej dziewczyny. Tadeusz, jako narzeczony postanowił utrzymywać dziewczynę, żeby nie musiała chodzić do pracy i mimo, że mieszkała u rodziców, łożył na jej utrzymanie, a dodatkowo przywoził jej różne delicje – takie, których siostry nie miały. Bardzo o nią dbał. Były też oficjalne zaręczyny. Był pierścionek i skromne przyjęcie oraz wizyta u księdza. Był taki zwyczaj, który w religii katolickiej funkcjonuje do dzisiaj – ogłasza się zapowiedzi, tak, by wszyscy w parafii wiedzieli. Termin zaślubin został przełożony na jesień. Helenka przestała pracować, pomagała tylko w domu, a i tu pracy nie brakowało. Wieczorami i w niedzielę spotykali się na randkach, odwiedzała rodzinę Gołaskich w Pawłowicach.

Po srogiej zimie nadeszło upalne lato. W 1945 roku było ono niezwykle piękne. Bezchmurne niebo i upały - tak jakby pogodą przyszło wynagrodzenie tych ciężkich czasów wojny. Pewnej niedzieli, przy błękitnym niebie wyczuwało się jednak jakieś podniecenie w pogodzie, nerwowość dawała się we znaki. Spotkali się nad jeziorem w Pawłowicach. Helena z Tadeuszem nie zabawili tam jednak długo. Poszli w kierunku domu Tadeusza. Powietrze zrobiło się ciężkie od gorączki, a na horyzoncie zobaczyli czarną chmurę, która zbliżała się bardzo szybko. Nie zdążyli dotrzeć do domu. Stary pastuch, który pilnował wiejskich krów poradził, by się położyli w ziemniakach w radlonkach. Usłuchali go i to pewnie uratowało im życie. Nad nimi szalała trąba powietrzna, która zmiatała wszystko na swojej drodze, łamała drzewa, porywała dachy, słupy od prądu kładły się jak zapałki, a do tego ulewa, która przesłaniała wszystko. Byli razem, ale ogarnął ich paraliżujący strach. Wszystko trwało chwilkę, ale im wydawało się, że wieki - zarówno Helenie, jak i Tadeuszowi. Ta sytuacja bardzo utkwiła w pamięci, bo przez wiele lat wspominali i ze wzruszeniem odtwarzali każdą sekundę tego dnia. Zawierucha, jak szybko się zjawiła, tak szybko odeszła. Zrobiło się cicho, ale tylko pozornie, bo jak podnieśli się z ziemi i mocno przytulili, usłyszeli wołania o pomoc. Oczy pobiegły za głosami wołających i wtedy zobaczyli ludzi biegających w pobliżu zniszczonych zabudowań na terenie majątku. Szybko pobiegli i wtedy okazało się, że jest dużo rannych i przysypanych gruzami. Okazało się, że ludzie będący nad jeziorem, gdy zobaczyli czarną chmurę, pobiegli i chcieli schronić się w zabudowaniach, ale wiatr z ogromną siłą tam właśnie uderzył, podniósł budynek, który po chwili runął w tłum zgromadzonych ludzi. Krew, krzyk, płacz i nawoływania. Wszyscy ze wsi, również młodzi, ruszyli na pomoc. Na miejscu okazało się, że są osoby zasypane. Była wśród nich także Wanda, siostra Tadeusza. Wielka rozpacz, bo to młoda dziewczyna. Słychać było tylko jęki, ale odgruzowywanie było chaotyczne i niektórzy chodzili po gruzowisku. Tadeusz wszystkim kazał zejść i sam zaczął odgruzowywać cegła po cegle, nasłuchując, skąd dobiegały jęki. I tak powolutku dostał się do twarzy, by jego siostra mogła złapać oddech, a później dalej, aż odsłonił ją całą. Z obawy o obrażenia musiał działać bardzo delikatnie, tym bardziej, że Wanda przygnieciona była belką. Istniało podejrzenie, że ma uszkodzony kręgosłup. Podczas gdy Tadeusz ratował swoją siostrę, Helena pomagała innym, w tym również chłopakowi Wandy, Henrykowi, który był ranny w głowę i kręcąc się w kółko wołał: „Wandzia, Wandzia…”. Znaleziono całe drzwi, ułożono na nich ranną Wandę i zaniesiono ją do domu, ale potrzebna była pomoc lekarska. W Kiekrzu funkcjonowało sanatorium. Ktoś pojechał tam bryczką po lekarza, ale uzyskanie pomocy nie było takie proste - gdy przeszła trąba powietrzna, odniesiono mnóstwo strat, a ranni byli wszędzie. Wandę trzeba było zawieźć do szpitala, Henryka też i innych, ale nie mam informacji kto to był i jak mocno został poszkodowany. Znam tylko ten fakt. Wozem konnym zawieziono Wandę do szpitala, dokładnie nie pamiętam jaki to był. Wiem jednak, że nie było prądu, wszystko odbywało się przy świecach. Czy Wanda i Henryk byli prześwietleni, tego nie wiem, bo czy szpital mógł mieć aparat do prześwietleń? Wszak było to krótko po wojnie. Wandę zagipsowano całą i włożono w takie koryto. Jej życiu już nic nie zagrażało. Gorzej było z Henrykiem. Jego uraz głowy był niebezpieczny. Rana na głowie była zaklejona gliną, a po oczyszczeniu krew lała się strumieniami. Stracił jej dużo, ale uzyskał pomoc i uratowano mu życie. Była to straszna noc w życiu rodziny Gołaskich, ale wyszli z tej sytuacji zwycięsko. Henryk przeżył wiele, wiele lat, a Wanda, mimo sędziwego wieku, trzyma się doskonale. I oby tak dalej. Po udzielonej pomocy, oboje zostali zabrani do domu, bo w szpitalu nie było miejsc. Inni byli bardziej poszkodowani. Henryk, młody chłopak, dość szybko wrócił do formy, jednak Wanda długo musiała leżeć w gipsie. Był jeden malutki epizod, o którym też często Helena wspominała. Kiedyś - a było to gorące lato - i leżenie było bardzo uciążliwe, razem z matką Wandy postanowiły ją przewietrzyć. Tak do końca się nie udało i Wanda wylądowała na podłodze. Poradziły sobie jednak i wróciła do tego koryta. Cały czas była w gipsie, ale na prośbę Wandy i jej matki Helena nie wspomniała o tym Tadeuszowi - i to chyba był błąd.

Lato powoli zdążało ku jesieni, poszkodowani zdrowieli. Nadszedł październik, a wraz z nim pierwsza zapowiedź, która zbiegła się z imieninami Tadeusza. A ponieważ brat Heleny, też Tadeusz, u Kutznerów zorganizowano przyjęcie. Zaproszono kilkoro gości, w tym chrzestnego Heleny, który niezbyt często gościł u Kutznerów. Było wesoło, trochę alkoholu (bo to imieniny), a Tadeuszki trochę sobie popili, więc matka Anny przygotowała dla Tadeusza posłanie, żeby po nocy nie jechał rowerem do domu, tylko został. Helenka była zmęczona, więc wcześniej poszła się położyć - pewnie już była w ciąży, wszak Janusz urodził się w kwietniu 1946 roku. Miała spać ze swoją siostrą Anną, ale wszystko potoczyło się inaczej. Tadeusz zmęczony trochę czasem, trochę wódeczką, zdjąwszy skarpetki i spodnie położył się obok Helenki. To wywołało wielki protest Anny: „A gdzie ja mam spać?! Tadeusz położył się obok Heleny!” - tak krzyczała do swojej matki. Helence było wstyd, bo wszyscy to słyszeli, ale Tadeuszek spał smacznie u boku swojej narzeczonej.

Nadszedł listopad 1945 roku. 17 listopada, w sobotę, Tadeusz skończył 26 lat, a w niedzielę, 18 listopada w godzinach popołudniowych (o piętnastej) stanęli na ślubnym kobiercu. Po czerwonym dywanie poszli do ołtarza, by powiedzieć sobie sakramentalne „tak”. Potem było wesele u Kutznerów. Helenka, mówiąc o tym ślubie w kościele, wspominała o czerwonym dywanie, który był dla pary przed nimi, ale został i dla nich, oraz o klęczniku, bo był tylko jeden, ale znalazł się i drugi. Natomiast o weselu opowiadała zdecydowanie mniej: nie było prezentów, tylko obiecanki. Nawet pierzyny nie mieli. Matka bardziej martwiła się o najmłodszą córkę, bo Helenka „i tak da sobie radę”. Zaraz po weselu nastąpiło szare życie.

Mieszkanie w domach rodzinnych było niemożliwe. Pozostało młodsze rodzeństwo. Tadeusz pracował na kolei, początkowo jako sokista, czyli policjant kolejowy i po tej linii starał się o mieszkanie. Przydzielono mu je – znajdowało się w budynku na stacji kolejowej w Kiekrzu, ale nie było ono zupełnie puste. Mieszkała tam kobieta w ciąży. Jej mąż był oddelegowany do Szamotuł i tam dostał mieszkanie, ale ona nie chciała się przeprowadzić. Takie warunki mieszkaniowe młodym nie odpowiadały i Tadeusz zaczął szukać innego domu. Szybko znalazł inne lokum, mieściło się na ul. Czystej u państwa Polcynów, którzy mieli duży dom. Mieszkanie na piętrze wynajęli młodym Gołaskim. Helena często wspominała, że to dostali to mieszkanie, bo pani spodobał się Tadeusz, który jednak nie bardzo był zainteresowany wdziękami starej baby. Wszak miał młodą, ładną i kochaną żonę. Gdy mieli już mieszkanie, tam właśnie urodził się pierworodny Jan. Początkowo, Helena ciążę znosiła niedobrze, ale później się poprawiło, a sam fakt ciąży bardzo podobał się teściowi, który okazywał swoje zadowolenie z tego faktu. Mieli w domu taki skórzany fotel i to było miejsce dla Heleny, jak tylko zjawiała się w Pawłowicach. Jaś urodził się w kwietniu i od tej pory Helena zajęła się jego wychowaniem.

Zamieszkiwanie u państwa Polcynów nie było spokojne. Ze strony gospodarzy spotykało Helenę wiele nieprzyjemnych sytuacji: a to jak prała, to właściciel rozkręcił pompę i nie było wody - musiała nosić przez ulicę od państwa Kwiatkowskich; a to, jak Jasio podniósł kilka ziarenek kukurydzy z pytaniem: „A co to?”, został nazwany złodziejem i takie różne uprzykrzające życie sytuacje. Wszystko działo się wtedy, gdy Tadeusz był w pracy. Zaś kiedy przebywał w domu, wszystko odbywało się w najlepszym porządku. Tak, jakby gospodarze chcieli skłócić młodych, ale się nie udało. Nie mieli wyjścia musieli tam mieszkać i to przez jeszcze jakiś czas.

Tam też spotkało ich wielkie nieszczęście - w 1948 roku urodziła się córeczka, która dostała na imię Gertruda. Radość była wielka - dwoje dzieci: chłopak pierworodny i dziewczynka. Z opowiadań Heleny było to bardzo ładne dziecko i bardzo grzeczne. Wszystkim sąsiadom bardzo się podobała mała Gołaskówna, ale przyszedł dzień, gdy zachorowała. Tadeusz wezwał pogotowie, przyjechało, ale lekarz powiedział, że zapłacą karę za niepotrzebne wezwanie karetki i odjechali, a dziecko dostało ataku i zmarło. Rozpacz była ogromna. Helena nie mogła pogodzić się ze śmiercią dziecka. Trwało to długo - pamiętam mały grobek po lewej stronie cmentarza, blisko pompy. Tam właśnie najczęściej staliśmy z tatą, czyli Tadeuszem, na Wszystkich Świętych.

Po kilku miesiącach okazało się, że Helenka znów jest w ciąży i tak, w czerwcu 1949 roku urodził się drugi chłopiec, Ireneusz. Rodzice bardzo cieszyli się drugim dzieckiem, mimo wielkiej tragedii, która ich spotkała. Helena nauczona doświadczeniem, nie pozwoliła żadnej z sąsiadek zaglądać do wózka, ani wyjmować z niego, bo taką sytuację pamiętała i to chodziło o jej córeczkę: jedna z sąsiadek wyjęła z wózka, a był wiatr - Helena uważała, że to była przyczyna śmierci dziecka i od tej pory nikogo nie dopuszczała do synka, bardzo go pilnowała przed wścibskimi sąsiadkami. Wszędzie zabierała go ze sobą, ale czasami rezolutny Jasio, czyli pierworodny, sprawiał kłopoty. Takim wydarzeniem, o którym Helena często wspominała było to, że mały wypadł z balkonu. Mieszkanie, które wynajmowali u państwa Polcynów miało balkon, a ponieważ Helena wyszła na chwilkę zostawiając dzieci same (młodszy Irek spał), Jasio zaczął szukać mamy i jakoś otworzył drzwi na balkon, a potem przyciągnął sobie taboret i na niego wszedł, bo barierka była wysoka. Szukał mamy, ale za bardzo się wychylił no i spadł. Na szczęście w krzaki, więc nic specjalnego mu się nie stało, poza zadrapaniami. Ten wypadek Jasia i sytuacja, z właścicielami domu, która nie była poprawna, zadecydowały o budowie domu. Taka decyzja była wielkim wyzwaniem. Nie byli przecież bogaci, pracował tylko Tadeusz na kolei. Do tego dwójka dzieci i żona, która się nimi zajmowała. Na pomoc rodziny nie mogli liczyć, bo też za dużo nie mieli, ale oboje byli osobami bardzo przedsiębiorczymi.

Młodzi, chociaż Helena nie chciała mieszkać w Pawłowicach ani w okolicy, podjęli decyzję – los, który bywa przewrotny, zaoferował okazyjną działkę w okolicy.